Mów do mnie jeszcze, wiem, że to nieuniknione jak opadająca kropla z niedokręconego kranu, wszyscy jesteśmy skazani na śmierć, niejawni czciciele Tanatosa, każdym kuflem piwa zabijający bezradność, która jest przecież tylko wyborem albo splotem nieuniknionych okoliczności - tego miejsca, tego czasu i twojego dziedzictwa, od którego nie potrafisz się uwolnić, ciążącego ci jak garb. Jakbyś nie miał lepszego zajęcia, chociaż trochę seplenisz bo język drętwieje zakonserwowany w wódzie i gubisz się na bezdrożach błahych opowieści. Na twoim miejscu odwiedziłbym aleje parku, teraz, podczas pełni, pełne lunatycznego światła zwielokrotnionego w odblaskach na płatach zalegającego śniegu. Na końcu zdania i tak doznasz olśnienia, wobec którego wykrzywisz usta w grymasie małego dziecka zmuszonego do wypicia tranu. To cierpki smak odsłaniającej się zagadki, której nawet nie przeczuwałeś, a przecież nic nowego nie zostało powiedziane. Wybacz, że wlewam ci ją w ucho, kombinacją słów, których nie rozumiesz, a ja poznałem je całkiem niedawno: Na'ghingor thdid lym Myn th'x barsoom lu gndar In' path gix mnth' nabor In' path nox veli dekk Yig suddeth m'cyforum M'xxlit kaddath soggoth im'betuk Nog s'dath blexmed, kamuflując truciznę kuflem piwa z sokiem, albo czymkolwiek innym co mogłoby złagodzić jej smak - starożytni byliby ze mnie dumni. Jutro i tak nie będziesz pamiętał niczego, pozostanie tylko niekreślone uczucie niedosytu i kac, dlatego wrócisz, po raz kolejny próbując w zamroczniu utopić bezradność, bo nic już nie jest w stanie przykłuć twojej muszelkowej uwagi. Ta sama przerażająca pustka, pozostaje tylko złożyć świadomość w ofierze albo wydać się na pastwę pasożytom woli karmiących cię w zamian złudzeniem wolności, przyjmujesz to jak dobrą monetę, ale ona spada zawsze na tą stronę, która oznacza twoją przegraną.

 
#552
>